Hiszpańskie Wybrzeże Kwiatu Pomarańczy

costa del azaharJestem tu wreszcie! Udało mi się wybrać na tą wymarzoną wycieczkę! Costa del Azahar, Orange Blossom Coast! Chyba nigdy nie słyszałam piękniejszej nazwy! No…, co prawda kosztowało mnie to trochę… ale i tak mogę się rozgrzeszyć: ta oferta last minute była naprawdę opłacalna! Całe dwa tygodnie w raju – na Wybrzeżu Costa del Azahar, ten komfort, hotel tuż przy plaży, wspaniały pokój i to słońce, słońce… Naprawdę miałam już dość tej jesieni, kaszlących, pociągających nosem przechodniów i wszechobecnej depresji. Chwila, moment i ja też dałabym się pożreć tej bestii! Przecież to nie jest naturalne, żeby człowiek przez pół roku pozbawiony był słońca! Ja nie mogę żyć bez słońca. Właściwie to taka terapia, „żeby nie zwariować!”
Ale wróćmy do raju. Już mogłam się pokazać w moim nowiuśkim bikini i zaprezentować efekty tej wstrętnej, drakońskiej diety. Wspaniale było przechadzać się wśród pięknych, atletycznie zbudowanych, czarnookich tubylców i nie wstydzić się „wałeczków”. Ach… nie bądź zazdrosny! Ale wcale to nie tak, że tylko smażę się na czerwono! Ukulturalniam się! Trochę już udało mi się zwiedzić, na przykład: Castellón de la Plana z piękną dzwonnica El Fadri oraz Museo Provincial de Bellas Artes, byłam też we wspaniałym klasztorze Real Monasterio de El Puig de Santa Maria, jejku! Jaki stamtąd jest widok! A w Xativi każdy powinien zobaczyć ten niezwykły żart mieszkańców w miejscowym muzeum. Oczywiście w Alicante, z ratusza nie mogłam wyjść przez ponad dwie godziny. Wiesz dlaczego! Chyba nie ja jedna reaguje tak na sztukę mistrzów: Picasso, Dalego oraz Miro. Uwielbiam zwiedzanie!
Ale to nie wszystko, Tomek pęknie z zazdrości jak mu powiem: żeglarstwo stało się moją pasją, od pierwszego dnia uczę się żeglować! No wiem, wiem, mistrzem świata nie jestem, ale każdy musi kiedyś zacząć, a ja bardzo się staram, pod okiem przystojnego, hiszpańskiego instruktora. W ogóle coraz bardziej pociągają mnie sporty wodne! I hiszpański podszkoliłam, bo po angielsku z obsługą dogadasz się i owszem, ale rynek, bazarek, to tylko po hiszpańsku, a jak chcesz rady lub potargować, to nie masz wyjścia. Poza tym nie musiałam rezygnować z mojego ukochanego sportu, bo w hotelu są korty do tenisa, a taty to szkoda, że nie wzięłam, bo pola golfowe są tu najwyższej klasy.
Jak Ci wspominałam, że wybieram się na hiszpańskie wybrzeże, to pytałeś z uśmiechem, czy będę oglądać walki byków i co? Oczywiście byłam, widziałam! Ale nie podobało mi się męczenie tego biedaczka (mam na myśli byka, nie torreadora). Miałeś rację, to dla ludzi o stalowych nerwach. Ktoś mi powiedział, że po walce przygotowują i zjadają jądra przegranego i uważają to za wielki przysmak! (ale dotyczy to chyba tylko byczych jąder, co?). Mam okazję obserwować na bieżąco Festiwal Pilar, odbywają się tu liczne procesje, walki byków właśnie, oraz pokazy i imprezy folklorystyczne. Wiesz, impreza na całego!
To prawdziwy raj, poza jednym wyjątkiem…
Szkoda tylko, że Ciebie tu nie ma! Następnym razem pojedziemy razem, obiecujesz?…

Udostępnij na:
0
0



Palcem po mapie

Dodaj komentarz